niedziela, 11 października 2015

Wygrałam sama ze sobą...

Nawet nie wiem od czego zacząć. Tak wiele chcę napisać, tak wiele Wam opowiedzieć, z tak wieloma przemyśleniami się podzielić... To, co się działo w ciągu ostatnich kilku dni nie tylko zapamiętam do końca życia, ale też nakłoniło mnie do rozmaitych refleksji na temat mojego postrzegania świata. Możecie się z tym zgodzić lub nie - góry są magiczne. Wiecie za co je kocham? Za to, że podczas górskich wędrówek pokonuję wszystko to, co w codziennym życiu uważam za swoje słabości.

XX Rajd Tischnerowski był nie tylko niesamowitym doświadczeniem, ale także okazją do poznania nowych wspaniałych ludzi, którzy okazali się prawdziwymi przyjaciółmi oraz walką z... samą sobą. Z łezką w oku wracałam do domu, obiecując sobie, że to dopiero początek...

Rajd Tischnerowski - co to jest?

Chodzę do liceum noszącego imię ks. prof. Józefa Tischnera - należy ono do elitarnej grupy 36 podobnych placówek (dodatkowo jedna na Ukrainie). Co roku organizowany jest Rajd Tischnerowski, podczas którego spotykają się przedstawiciele szkół. Miałam zaszczyt brać udział w jego XX edycji, którego gospodarzem było Gimnazjum nr 2 im. ks. prof. Józefa Tischnera w Zakopanem. Dlaczego się na to zdecydowałam? Przede wszystkim dlatego, że kocham góry, więc grzechem byłoby nie skorzystać z możliwości wyjazdu. A po drugie - chciałam poznać smak "tischnerowskiej atmosfery". W zeszłym roku nie udało mi się pojechać do Szczawnicy (gdzie odbywała się poprzednia edycja) z powodu zapalenia krtani, więc teraz wręcz musiałam to nadrobić :)


Nowe przyjaźnie

Nie jest niczym niezwykłym to, że podczas takich wyjazdów poznaje się mnóstwo osób, z którymi nigdy wcześniej nie miało się do czynienia lub miało się do czynienia, ale nie było okazji przekonać się, kim ta osoba jest tak naprawdę. Choć u mnie zawieranie znajomości nie należy do najmocniejszych stron, przyznam się szczerze, że z Zakopanego wróciłam wzbogacona o nowe przyjaźnie. Chcę tu wspomnieć głównie o dwóch dziewczynach, z których każda w szczególny sposób "zapisała się" w moim sercu. 

Pierwsza chodzi ze mną do klasy. Wcześniej nasze rozmowy dotyczyły głównie szkolnych spraw. Podczas wyprawy nad Czarny Staw Gąsienicowy wspierałyśmy się nawzajem, bowiem obie mamy problem z kolanem i obie musiałyśmy uporać się z astmą, co w górach daje się szczególnie odczuć przez różnicę ciśnień. Szłyśmy za rękę, krok w krok, dzięki czemu udało nam się dotrzeć do celu. Gosia pomagała mi też podczas zejścia, które zasponsorowało mi skręcenie i naderwanie stawu skokowego. Dzięki niej nie czułam się osamotniona na rajdzie. Okazała się prawdziwą przyjaciółką! 


Drugą z nich poznałam podczas wspólnego noclegu. I pokochałyśmy się niemalże od razu! Sama nie wiem, jak to wytłumaczyć. Od pierwszych chwil czułam, że jest moją bratnią duszą, co w swoim życiu spotykam naprawdę rzadko. A przecież nasza przyjaźń jeszcze nie zaczęła się na dobre! I nawet odległość nas nie pokona :) 



Nowe doświadczenia

Po raz pierwszy uczestniczyłam w spotkaniu rodziny tischnerowskiej i... poczułam się członkinią tejże rodziny. Podczas rajdu nie było miejsca na kłótnie, sprzeczki, nerwy, nienawiść... Cudowna atmosfera i przyjaźń płynąca z serc uczestników, a także opiekunów sprawiły, że już nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z tischnerowcami! Ten wyjazd udowodnił mi też, że nieważne są: miejsce, warunki noclegu, pogoda... a ludzie, którzy Ci towarzyszą! Bo chociaż podczas wyprawy nad Czarny Staw Gąsienicowy przemokłam do suchej nitki, skręciłam kostkę, miałam dosyć, a w szkole spałam na podłodze w niezbyt wygodnym śpiworze, razem z 11 innymi dziewczynami w jednej sali i nie mogłam naładować telefonu (wszystkie gniazdka były zajęte) - jest to absolutnie jedna z najpiękniejszych wypraw mojego życia! Wiecie dlaczego? Właśnie dzięki ludziom, którzy wraz ze mną dzielili trudy tego rajdu, ale też radość z bycia razem!

Pokonać słabości

Nigdy wcześniej nie miałam okazji iść nad Czarny Staw Gąsienicowy. Przyznam szczerze, że zawsze obawiałam się tej trasy. Zarówno wejście, jak i zejście były dla mnie nie lada wyczynem. Wejście dlatego, że, jak już wcześniej wspomniałam, choruję na astmę. Zmiana wysokości (co równa się ze zmianą ciśnienia) + zmiana temperatury (czym wyżej tym chłodniej) + problemy z kolanem + zmęczenie = katastrofa. Starałam się iść cały czas z przodu grupy, swoim tempem. Kiedy nie skupiałam się nad tym, jak stromy jest szlak i jak wiele kilometrów przede mną, okazywało się, że sporo wyprzedzałam pozostałych. Pozwoliłam odfrunąć myślom gdzieś daleko, skupiać się na własnym rytmie... Pod koniec wejścia zaczął lać deszcz. Przemoczona i zmarznięta myślałam, że nie dam już rady osiągnąć zamierzonego celu. Nie miałam sił iść dalej, a mimo to szłam. I... udało się! Czarny Staw Gąsienicowy ukazał się moim oczom po prawie trzech godzinach wędrówki. Niestety, najgorsze było dopiero przede mną. Zejście. Strome, w doszczętnie przemoczonych ubraniach, z kroplami spływającymi po twarzy, kluchą w gardle i katarem, po śliskich kamieniach, z których połowa to luźne odłamki skał. Zmęczenie dało się we znaki - noga ześlizgnęła się z kamienia jeden raz, drugi, trzeci... Aż w końcu mimo własnej woli zaczęłam płakać. Ból był nie do zniesienia, jednak... nie poddałam się. Z pomocą przewodnika (i jednocześnie dyrektora szkoły-gospodarza), mojej kochanej pani profesor, przesympatycznego nauczyciela ze Szczawnicy, koleżanki Gosi, którą była podporą kulejącej Nastki i nowego kolegi z Ligoty, który dźwigał mój wypchany jedzeniem plecak. Wieczorem okazało się, że ból spowodowało skręcenie i naderwanie stawu skokowego - nic poważnego, bo jedyne co muszę teraz robić to okłady z Altacetu i ograniczenie chodzenia do minimum :) Niestety, drugiego dnia nie poszłam z rajdowiczami na Gubałówkę, ale za to spędziłam miło czas w szkole, w towarzystwie opiekunki świetlicy, na mięciutkim materacu, z książką "Greckie wakacje" w jednej ręce i mleczną herbatą w drugiej. A po południu bolesny powrót do domu - bo aż chciałoby się zostać tam dłużej!

Pokonać słabości... No właśnie, jakie słabości pomogła mi pokonać wyprawa nad Czarny Staw?

    Wygrałam z zimnem. 
    Wygrałam z deszczem. 
    Wygrałam z wiatrem. 
    Wygrałam ze zmęczeniem. 
    Wygrałam z chorobą. 
    Wygrałam ze strachem. 
    Wygrałam z dystansem.
    A przede wszystkim... WYGRAŁAM SAMA ZE SOBĄ. 

Podsumowując...

...jestem dumna z tego, że należę do rodziny tischnerowskiej! Udział w rajdzie wzbogacił mnie o nowe przyjaźnie i doświadczenia, a także pomógł zrozumieć, że słabości to tak naprawdę tylko nasze myśli, bo człowiek jest w stanie pokonać wszystko to, co na co dzień go blokuje. Wystarczy impuls, który skłoni nas do zmiany nastawienia - w moim przypadku są to góry, bo tam zawsze na nowo odkrywam siebie i poznaję to, czego nie mogę poznać w szarej łódzkiej rzeczywistości. Nawet skręcona kostka nie zmieni tego, iż zaliczam XX Rajd Tischnerowski do najpiękniejszych chwil, które dane mi było przeżyć. I będę wspominać go z łezką w oku, ale także uśmiechem. I pewną tęsknotą za "tischnerowską atmosferą"... 


Słowem zakończenia chcę powiedzieć jedno krótkie, ale bogate w treść zdanie: 

Wrócę... :)

11 komentarzy:

  1. Gratuluje i zycze dalszych sukcesów i zmagań :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje, w podstawówce też należałam do Rodziny Tischnerowskiej ;)
    Http://world-dreamss.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. zazdroszczę ci tych sukcesów. :)

    little-jay999.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Ojej, świetna sprawa. Dzięki Tobie dowiedziałam się czym jest ten Rajd. Super - dalszych przygód, zmagań i dobrych chwil życzę :)

    Dziękuję za komentarz na moim blogu.
    www.turqusowa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak ja tęskniłam za takim dobrym, konkretnym postem, kiedy kręciłam się po blogosferze...jak to się dobrze czytało, idealna proporcja zdjęć do tekstu. Martwi mnie trochę, że dużo piszesz w swoim języku, więc będziesz musiała znieść fakt, że pod postami z cyrylicą, ja będę odpowiadać po polsku, bo przeczytać i zrozumieć to tak, ale żeby odpisać, to już moje zdolności na to nie pozwalają. Cieszę się, że podrzuciłaś mi na Facebooku swojego bloga ;)

    http://katdewolf.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za jakże ciepłe słowa! Bardzo się cieszę, że są jeszcze ludzie, którzy doceniają moją pracę. Takie komentarze niesamowicie motywują mnie do działania! :)

      Co do postów po rosyjsku - często będą to po prostu tłumaczenia tych polskich. A komentowaniu ich wlasnie po polsku nie jestem ani trochę przeciwna!

      Pozdrawiam cieplutko i bardzo cieszę się, że mogę gościć tak wyjątkowego czytelnika na swoim blogu :)

      Usuń
  6. Ale optymistyczny wpis ☺ Ja też kocham gory. Nad Czarny Staw wybiorę się w przyszlym sezonie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Walka ze swoimi słabościami bywa bardzo trudna. Co jak co, ale ja o tym doskonale wiem. I wiem też, jak ważne jest mieć wokół siebie odpowiednich ludzi. Tych prawdziwych przyjaciół i tych, którzy pojawiają się na moment, by dać nam coś od siebie. Jakby część swojej własnej siły. Dlatego tak ważne jest, aby znaleźć się w środowisku i w miejscu, które dają nam moc. A góry doskonale to potrafią :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak jest. Doskonale streściłaś to, co chciałam przekazać w poście :)
      Pozdrawiam :)

      Usuń

1. Dziękuję za komentarz! W ten sposób motywujesz mnie do dalszego blogowania, a każda motywacja jest na wagę złota!
2. Jeżeli zostawisz link do swojego bloga - możesz mieć pewność, że na niego zajrzę, a jeśli mi się podoba, to skomentuję.
3. Do reklamowania bloga stworzyłam specjalną zakładkę - "Spam".