środa, 6 kwietnia 2016

Wolontariat "Pedro's Cup 2016"

Pamiętacie mój zeszłoroczny wpis o wolontariacie podczas lekkoatletycznego mityngu "Pedro's Cup"? (a kto nie pamięta lub wtedy nie był jeszcze ze mną - nadrabia zaległości tutaj :) Los dał mi szansę ponownego wzięcia udziału w tym wspaniałym przedsięwzięciu, jednak tym razem zmieniłam miejsce pracy z łódzkiego Novotelu na... trasę Łódź-Warszawa-Łódź. I powiem Wam szczerze, że choć w ciągu dwóch dni pokonałam taką trasę cztery razy, nie czułam się zmęczona i żałowałam, że trwało to tak krótko!

Zapytacie, co takiego robiłam... Otóż, kochani, zajmowałam się odbieraniem z lotniska i transportowaniem do hotelu zawodników (i jednej dziennikarki :). 

Wzorem roku poprzedniego chcę się podzielić z Wami doświadczeniami, wspomnieniami, a także plusami i minusami wolontariatu sportowego. 


środa, 3 lutego

O 10 wyjechałam z Łodzi. Ja i kierowca. Nigdy nie byłam na lotnisku. Nie wiedziałam, gdzie iść. Nie wiedziałam, co robić. Nie wiedziałam jak szukać. Nie miałam tabliczki z napisem "Pedro's Cup", by zawodnicy mogli mnie łatwo znaleźć. Na szczęście, kierowca okazał się naprawdę sympatyczny i zapewnił, że nie zostawi mnie samej w potrzebie :) Droga do Warszawy minęła naprawdę szybko - chwała i cześć temu, kto wymyślił autostrady. Już na starcie pojawiły się problemy - jeden z zawodników przyleciał dwie godziny za wcześnie! Oprócz informacji, dostałam numer telefonu, ale jak miałam do niego dzwonić, skoro on jest z Barbadosu i połączenie mogłoby mnie kosztować fortunę?! Napisałam sms. Na szczęście, okazało się, że kochany sprinter ma iPhone tak jak ja i dzięki iMessage nie zapłaciłam ani grosza. Na drugie szczęście - znalazł się dość szybko. Pozostało tylko poczekać na pozostałą dwójkę zawodników z trenerami. Wśród nich mój ulubieniec, Mutaz Essa Barshim, wicemistrz świata, halowy mistrz świata i brązowy medalista olimpijski w skoku wzwyż. Bądź co bądź, jedna z największych gwiazd mityngu, więc czułam wielką, przeogromną wręcz odpowiedzialność. 

Kierowca znalazł rozwiązanie problemu braku tabliczki - przyniósł lotniskowe kartki, które służą do pisania nazwisk. Zaoferował także pomoc w odbiorze zawodników - przylatywali o tej samej godzinie, ale trzeba było ich oczekiwać przy innych wyjściach. 
- To ty stój tutaj, a ja pójdę do drugiego wyjścia. - powiedział kierowca, który szedł odebrać Mutaza. 
Okej. Stałam, stałam, stałam. Tablica z informacjami o przylotach co rusz zmieniała długość opóźnienia. Nagle ktoś mnie zaczepił. 
- Pedro's Cup?
Oczom nie wierzę. Przez dwie, trzy sekundy stałam jak wryta. Czapka z napisem "Qatar". Uśmiech na twarzy. To musiał być on. Stanisław Szczyrba, trener Mutaza! 
- Mutaz, chodź tutaj!
Jak to możliwe, że kierowca ich "zgubił"? Zadzwoniłam do niego, że mamy już wszystkich, bowiem i zawodniczka z Turcji sama mnie odnalazła. 
- Co ty pan, kolorowego nie poznałeś? - zaśmiał się pan Szczyrba, nawiązując do koloru skóry Mutaza :)

Droga do Łodzi nieco się wydłużyła, bowiem miał miejsce wypadek. Utkwiliśmy w 4-kilometrowym korku. W hotelu byliśmy 2 godziny później niż się nas spodziewano. 

Oczywiście, nie mogłam przepuścić okazji do zrobienia sobie zdjęcia z Mutazem. Fakt, jakość fatalna, ale... musiałam :)


czwartek, 4 lutego

Kolejny dzień pracy. Tym razem nie miałam tyle szczęścia, że mogłam sobie wrócić do Łodzi od razu po odbiorze zawodników. Plany co rusz się zmieniały - ostatecznie wyszło na to, że musiałam przesiedzieć na lotnisku ponad 7 godzin. Na miejscu był już inny wolontariusz, Łukasz, oczekujący grupy zawodników z Dusseldorfu. Przy okazji zaginął skoczek wzwyż z Ukrainy, Andrij Procenko, którego Łukasz odebrał dwie godziny wcześniej. Odnalazł się gdy... 
- Za ile będzie odjazd do hotelu? - zapytał się jeden z trenerów. 
- Proszę chwilkę poczekać, wolontariusz poszedł szukać zawodnika z Ukrainy. 
- Przepraszam, Ukraina? - wyrósł przede mną wysoki, na oko dwumetrowy mężczyzna, z kurtką z napisem "Ukraine". 
- Możesz mówić do mnie po rosyjsku. - odpowiedziałam, uśmiechając się. 
Okazałam się zbawieniem dla Andrija. Nie potrafił porozumieć się z Łukaszem, z racji tego, że słabo mu idzie komunikowanie się w języku angielskim.
- A ty długo już tu jesteś?
- Nie, ale za to długo będę. Wrócę do Łodzi za około 5 godzin. 
- Jejku, podziwiam cię, ja bym nie miał tyle odwagi. - zaśmiał się Andrij. - Czyli nie wracasz z nami?
- Niestety nie, Wraca z wami ten chłopak (wskazałam na Łukasza). On też jest wolontatiuszem. 
- Wygląda na zagubionego... Nie potrafiłem się z nim dogadać, nie wiedziałem nic, chodziłem tylko po lotnisku i czekałem. 
- Wiesz, nikt nic tu nie wie. Ja nic nie wiem. A on tym bardziej nic nie wie, skoro cię zgubił. 
Odprowadziłam mojego nowego "kolegę" pod samiutki autobus. 
- A skąd ty jesteś, że mówisz po rosyjsku?
- Jestem z Łodzi. - uśmiechnęłam się. 
Andrij spakował swoje rzeczy do bagażnika, życzył mi powodzenia i wsiadł do środka. Zostałam na lotnisku sama. 

Około godziny 14 odebrałam Lucie Koudelovą, płotkarkę z Czech. Okazała się niezwykle sympatyczna i uczynna, bowiem pomogła mi znaleźć drugą zawodniczkę, Ivanę Loncarek z Chorwacji. Dziewczyny towarzyszyły mi nawet w drodze do McDonalda (bo byłam strasznie, strasznie głodna z nerwów!). Niespodziewanie dołączył też do nas Karol Hoffmann (uwielbiam gościa :D), trójskoczek, który z moją małą, malusienką pomocą zyskał darmowy, bezpieczny i wygodny powrót do domu :) Karol był dla mnie ogromnym wsparciem, nie musiałam się martwić o to, że nie mam gdzie zostawić toreb, że zgubię kogoś, nie musiałam się martwić O NIC! 

O 16 byliśmy już w komplecie. Prawie całą drogę powrotną przespałam. 


piątek, 5 lutego

"Że co? To już koniec? Nie pojadę dzisiaj do Warszawy?" - z takimi myślami obudziłam się rano. 

Podczas mityngu czułam to samo niezwykłe uczucie, co w roku zeszłym - uczucie dumy, ale i ulgi, że dobrze wywiązałam się ze swojej pracy. Byłam jednym z elementów wielkiego wydarzenia i przyczyniłam się do jego sukcesu. Patrząc na zawodników, którym towarzyszyłam w drodze z lotniska do hotelu, nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu - bo prawdę mówiąc, gdyby nie mój wkład w organizację "Pedro's Cup", nie byłoby ich tutaj :)


Pytanie - czy było warto?

Plusy:
+ możliwość spotkania się i porozmawiania z gwiazdami światowej lekkiej atletyki 
+ możliwość sprawdzenia własnych umiejętności językowych 
+ możliwość przyglądania się zmaganiom lekkoatletów z bliska 
+ nowe znajomości 
+ luźna atmosfera
+ niezapomniana przygoda, która zostaje w pamięci na długo

Minusy:
- w wielu przypadkach niedoinformowanie wolontariuszy 
- skończyło się zdecydowanie za szybko! :)

Wymagania:
• znajomość języka angielskiego na poziomie min. średnim 
• umiejętność odpowiedniej organizacji swojej pracy
• wewnętrzny spokój i panowanie nad własnymi emocjami
• odwaga - w końcu, kiedy podchodzi do Ciebie Twój idol, nie możesz zapomnieć języka w gębie :)


Oczywiście, chyba nie muszę Wam mówić, że chcę wziąć udział także za rok :) Was także zachęcam do brania udziału w tego typu przedsięwzięciach - nie ma się czego bać, nie macie nic do stracenia, a możecie naprawdę wiele zyskać! :)

4 komentarze:

  1. Wspaniały wpis. Widzę, że prowadzisz ciekawe życie, pełne wrażeń i przygód. Zazdroszczę odwagi. Niesamowite uczucia odczułam i ja czytając notkę. Zaczerpnęłam trochę Twoich emocji i choć wiem, że sama na coś takiego nigdy bym się nie odważyła, zapragnęłam przeżyć takie: Tam i z powrotem. Widzę, że jesteś poliglotką, to niesamowity dar i umiejętność. Życzę większej ilości takich wydarzeń. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! Podróżowanie to coś, bez czego bym nie istniała, jest to część mojego życia i takie przygody, które dodatkowo są związane z możliwością poznania moich idoli z bliska, zapadają w pamięć na długo! :) I są warte wszelkiego wysiłku.
      Pozdrawiam cieplutko :*

      Usuń
  2. Znów ukazałaś jaki w Tobie drzemie potencjał, życzę Ci jak najlepiej, bo stać Cię aby w życiu zajść daleko ;) http://mylifeismyonlylove.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za ciepłe słowa motywacji :) :*

      Usuń

1. Dziękuję za komentarz! W ten sposób motywujesz mnie do dalszego blogowania, a każda motywacja jest na wagę złota!
2. Jeżeli zostawisz link do swojego bloga - możesz mieć pewność, że na niego zajrzę, a jeśli mi się podoba, to skomentuję.
3. Do reklamowania bloga stworzyłam specjalną zakładkę - "Spam".